Tower Triathlon w Bolesławcu nad Prosną to jedno z najbardziej elitarnych i ekstremalnych wydarzeń ultra-triathlonowych na całym świecie. Chodzi o pokonanie morderczych dystansów w formule non-stop. W zawodach bierze udział kilkadziesiąt starannie wyselekcjonowanych osób, które mierzą się z dystansami i własnymi słabościami:
- Dla mnie było to ogromne wyzwanie i jednocześnie sprawdzian własnych możliwości. Na tym dystansie wystartowało 20 osób z całej Polski. Z tego, co wiem, byłem jedyną osobą z Zamościa i Zamojszczyzny, która podjęła się rywalizacji na dystansie podwójnego Ironmana, nie tylko w tym roku ale i ogólnie do tej pory. Wśród 20 uczestników znalazły się również dwie osoby z zagranicy – jedna z Cypru i jedna z Danii. Miałem przyjemność rywalizować na trasie z Kemalem z Cypru, który jako pierwszy zawodnik w swoim kraju ukończył podwójnego Ironmana. Możliwość stanąć z nim na jednej trasie była dla mnie dodatkową, bardzo ciekawą częścią tych zawodów - mówi nam Mateusz Komajda.
Przy tak długim i wyczerpującym wysiłku ogromne znaczenie ma nie tylko przygotowanie zawodnika, ale również osoby, które są obok przez całą rywalizację. Zamościanin podczas zawodów miał dwie osoby do supportu: narzeczoną oraz trenera pływania:
- Przy tak długim dystansie support odpowiada nie tylko za podawanie jedzenia czy picia, ale również za pilnowanie wielu szczegółów, których zawodnik po kilkunastu czy kilkudziesięciu godzinach wysiłku może już nie być w stanie odpowiednio kontrolować. Dzięki ich obecności wiedziałem, że na trasie zawsze mam obok siebie osoby, na których mogę polegać. Ich wsparcie było szczególnie ważne w najtrudniejszych momentach, podczas nocnej jazdy w deszczu oraz pod koniec biegu, kiedy pojawiły się problemy z nogą - tłumaczy mieszkaniec Zamościa.
Czym jest podwójny Ironman? Klasyczny Ironman składa się z 3,8 km pływania, 180 km jazdy na rowerze oraz 42,2 km biegu. Podwójny Ironman oznacza podwojenie każdego z tych dystansów. Czyli: 7,6 km pływania, 360 km na rowerze i 84,4 km biegu. Łącznie daje to aż 452 kilometry. Tower Triathlon oferował również jeszcze większe wyzwania. Na potrójnym dystansie Ironmana wystartowało 11 osób, natomiast na dystansie pięciokrotnego Ironmana, organizowanym po raz pierwszy w Polsce, rywalizowało 5 osób.
- Początek – pobudka o 5 rano i 7,6 km pływania. Do pokonania miałem 7,6 kilometra, podzielone na 10 pętli po 760 metrów. Pływanie wspominam jako stosunkowo przyjemny i spokojny etap. Warunki były dobre i udało mi się płynnie pokonywać kolejne pętle. Całość zajęła mi około 3 godzin i 40 minut. Następnie przyszedł czas na rower. Około godziny 13:00 rozpocząłem etap rowerowy. Do przejechania było aż 360 kilometrów, podzielonych na 44 pętle, z których każda miała nieco ponad 8 kilometrów. To był bardzo długi etap i tutaj zaczęły się również problemy z pogodą. Bardzo mocno dokuczał wiatr, który przy tak dużym dystansie i wielu godzinach spędzonych na rowerze dawał się mocno we znaki. W nocy dodatkowo zaczął padać mocny deszcz. Warunki zrobiły się naprawdę trudne. Deszcz nie pomagał ani w utrzymaniu komfortu, ani w walce z narastającym zmęczeniem. Ubrania były tak mokre, że podczas samego etapu rowerowego musiałem trzykrotnie zmieniać odzież. Mimo tego jechałem dalej i starałem się przede wszystkim nie myśleć o tym, ile jeszcze zostało. Najważniejsze było pokonywanie kolejnych pętli i kilometrów. Rower zakończyłem w sobotę po godzinie 6:00 rano. Do tego momentu w ogóle nie spałem. Od pobudki w piątek o godzinie 5:00 aż do zakończenia jazdy na rowerze nie miałem żadnej drzemki. Oczywiście po drodze zatrzymywałem się na jedzenie, uzupełnienie energii i krótkie chwile odpoczynku. Po zejściu z roweru położyłem się na około godzinę spać - relacjonuje Mateusz.
Ostatni etap to bieg. Po przepłynięciu 7,6 km i przejechaniu 360 km, jeszcze 84,4 kilometra biegiem, czyli ... dokładnie dwa pełne maratony. Bieg składał się z 31 pętli po około 2,7 kilometra:
- Każda kolejna pętla była coraz większym wyzwaniem. Organizm był już bardzo zmęczony, a dodatkowo miałem za sobą praktycznie całą noc bez snu. Mimo wszystko konsekwentnie pokonywałem kolejne kilometry. Na około 13,5 kilometra przed metą pojawiły się problemy. Zaczęło mocno boleć mnie ścięgno Achillesa oraz prawa rzepka w kolanie. W tamtym momencie ukończenie zawodów nie było już takie oczywiste. Na szczęście na miejscu znajdował się fizjoterapeuta. Pomógł mi poprzez masaż oraz zastosowanie tapingu. Dzięki temu udało mi się zmniejszyć dolegliwości i wrócić na trasę. W tych najtrudniejszych momentach ogromne znaczenie miało również wsparcie mojej narzeczonej i trenera pływania, którzy przez cały czas byli przy mnie - mówi Zamościanin.
Ostatecznie Mateusz Komajda ukończył podwójnego Ironmana w czasie 35 godzin i 30 minut. Debiutując, po 10 miesiącach przygotowań zajął 15. miejsce na 20 zawodników startujących na tym dystansie. Łącznie pokonał: 7,6 km pływania (10 pętli po 760 m), 360 km jazdy na rowerze (44 pętle po nieco ponad 8 km) i 84,4 km biegu (31 pętli po około 2,7 km). W sumie: 452 kilometry!
- Było to dla mnie zdecydowanie jedno z największych sportowych wyzwań, jakich do tej pory się podjąłem. Najtrudniejszy nie był wyłącznie sam dystans. Trzeba było zmierzyć się również z silnym wiatrem, intensywnym nocnym deszczem, przemoczonymi ubraniami, wielogodzinnym brakiem snu, ogromnym zmęczeniem oraz bólem Achillesa i prawego kolana pod koniec biegu. Bardzo ważnym elementem całego startu były dla mnie również osoby, które towarzyszyły mi przez całą trasę. Moja narzeczona oraz mój trener pływania stanowili mój support i byli ze mną przez cały czas trwania zawodów. Ich pomoc, motywacja i obecność miały ogromne znaczenie, szczególnie w momentach, kiedy pojawiało się zwątpienie i organizm zaczynał odmawiać posłuszeństwa - opowiada Mateusz.
- Podwójny Ironman był dla mnie ogromnym wyzwaniem, ale jego ukończenie nie jest dla mnie powodem do tego, żeby stawiać siebie ponad innymi. Wręcz przeciwnie – chciałbym, żeby ta historia była dla kogoś motywacją do działania. Każdy może mieć swój własny „podwójny Ironman". Dla jednej osoby będzie to przebiegnięcie pierwszych kilku kilometrów, dla innej rozpoczęcie treningów, zmiana pracy, nauka czegoś nowego czy realizacja marzenia, które od lat odkłada na później. Najważniejsze jest, żeby zacząć i nie przekreślać swoich możliwości, zanim jeszcze podejmie się próbę. Dla mnie te 452 kilometry były przede wszystkim lekcją tego, że nawet wtedy, gdy pojawia się zmęczenie, ból, deszcz, wiatr czy zwątpienie, można zrobić kolejny krok, kolejny kilometr i zbliżyć się do celu. Jeżeli ta historia sprawi, że choć jedna osoba pomyśli „skoro on spróbował, to może ja też spróbuję", będę uważał, że warto było ją opowiedzieć - kończy sympatyczny Zamościanin.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.